nextmedia blog

Twój nowy blog

EPIC

5 komentarzy

Tym razem bez komentarza – obejrzyjcie i oceńcie sami, czy to nas czeka w mediach?


http://epic.lightover.com/

(autor: Jacek)

TV, radio – badania słuchalności z dowolną dokładnością. Stara metoda „dzienniczka” okazała się bardzo zawodna w porównaniu do telemetrii. Internet to medium jeszcze lepiej mierzalne – każda odsłona strony mierzona w sekundach, dokładnie pokazana ścieżka użytkownika po stronie, itp.

Jedynymi masowymi mediami, które nie doczekały się dobrego sposobu pomiaru jest outdoor i prasa. O ile dla outdooru sporym problemem jest opracowanie samej metodologii i sposobu liczenia statystyk, to w przypadku prasy metodologia może być identyczna, jak w przypadku stron www: ile osób otworzyło magazyn, na której stronie ile czasu przebywali, itd. Ileż więcej informacji, niż w przypadku obecnych deklaratywnych danych, jakże ogólnikowych bo mówiących tylko o czytaniu całego tytułu.

Jest jednak prasa, którą będzie można zmierzyć wiele dokładniej. To prasa (jak też książki) w wersji do słuchania. Firma Audible – wirtualna księgarnia oferująca media drukowane w wersji podcastów, opracowała technologię pomiaru tego typu plików. Za kilka miesięcy system pełnego pomiaru ma być udostępniony. A wtedy wydawca dostanie do rąk niesamowite narzędzie: książki i prasę mierzoną jak internet. Co dokładnie będzie można sprawdzić? Liczbę pobrań pliku, jak długo użytkownik słuchał pliku, ile razy. Jeśli teraz magazyn czy książka zostaną dodatkowo podzielone i sprzedawane w częściach, mamy dane-marzenie wydawców.

Jak taka technologia może za jakiś czas wpłynąć na branżę? Dać niezwykle cenne informacje, czego tak naprawdę i w jakich konfiguracjach szukają odbiorcy:
- jakich artykułów np. w Newsweeku szukają ludzie czytający tam głównie sekcję biznesową? może okaże się, że na rynku jest miejsce dla dwóch takich magazynów, z niepokrywającymi się treściami?
- jakie artykuły przyciągają uwagę na dłużej, jakich przestaje się słuchać w połowie? (może są nudne, nieciekawe?)
- czy najnowszą książkę Setha Godina ludzie czytają w całości i do końca? a może wybierają i wielokrotnie odsłuchują kilka wybranych rozdziałów? jeśli tak – może to być pomysł na koleny hit wydawniczy

Krótko mówiąc, będzie można ocenić atrakcyjność tytułów prasowych i książek w stopniu dotychczas niedostępnym. A ja naiwny myślałem, że przynajmniej książki oprą się wszechobecnym statystykom :)

(autor: Jacek)

Liczy się pasja

Brak komentarzy

Długo, bardzo długo – wręcz całą wieczność – już tu nic nie pisałem. Ale wiele spraw zaniosło mnie w inne rejony i tory myślenia. Nie zawsze miałem ochotę przysiąść fałdów i po prostu zacząć pisać. Zwłaszcza, że ostatnio naprawdę do domu wracałem bardzo późno. Ale zobowiązanie wobec tych czytelników, którzy czasem tu zaglądają na pewno zrobiło swoje. Wciąż każdego wieczora o nich pamiętałem i nie dawało mi to spokoju.

Tak sobie teraz myślę, na ile nowe technologie, trendy, które tworzą się w zaułkach cyfrowego świata pozwalać będą na skrócenie czasu pracy, podniesienie jakości życia, a także wyzwolą w nas chęć otwartej dyskusji i wymiany myśli bez zbędnych barier? Mam na uwadze szczególnie te bariery, które wypływają z konwencji, przyzwyczajeń, tradycji, czy w końcu całej baterii technik represji i zniewolenia.

Czy cały ten świat, który powstaje na naszych oczach podąża w kierunku otwarcia czy zamknięcia? Czy sieć stanie się przestrzenią emancypacji coraz to nowych grup społecznych, czy też będzie miejscem dostępnym tylko dla nielicznych? I jaka przyszłość czeka reklamę? Czy będzie nadal funkcjonować, jako natarczywa propaganda, czy też przybierze zupełnie odmienną formę i w sposób mało inwazyjny podążająć będzie za użytkownikiem? A może w ogóle jej nie będzie, czy też może tworzyć ją będą sami użytkownicy? Bardzo blisko tego typu myślenia są twórcy bloga Creating Passionate

Ano właśnie, co wtedy gdy nastąpi rzeczywiste zupełne odwrócenie ról? Czy możemy sobie wyobrazić, że konsument zastąpi marketera, a marketer konsumenta? Niemożliwe? Czy zupełnie nierealny jest świat głęboko powiązanych społeczności? Wszyscy wzajemnie sobie pomagają, panuje powszechna wymiana świadczeń, a jeśli nawet dochodzi do prawdziwej transakcji to obie strony funkcjonują na równych prawach. Znika potrzeba związana z fizycznym przetrwaniem, czy koncentracja wyłącznie na samej konsumpcji i pojawia się chęć uczestnictwa i tworzenia nowych światów, społeczności, grup, czy rozwijania własnych zainteresowań. Te zjawiska bierze pod uwagę passion marketing, a w podobnym kierunku ewoluuje jeszcze inne zjawisko zwane nową niszą

W tą stronę zmierzają też próby przebicia się dużych korporacji do twórców blogów. Pojawia się zatem zupełnie nowy sposób myślenia, w którym głównym kryterium wiarygodności, a także samej jakości staje się niezależność i autonomia – zupełny brak powiązania ze stronniczym stanowiskiem dużych firm. Może to być jedynie chwilową modą, kaprysem rozpieszczonych, młodych, wchodzących dopiero na rynek pracy konsumentów (trendsetters), ale może nie, może mamy do czynienia z nowym trendem, który zupełnie zmieni do tej pory stosowane sposoby dotarcia do potencjalnych klientów.

Na stronie jednej z firm, która funkcjonuje w tych rejonach rzeczywistości można odnaleźć 9 zasad poruszania się w świecie passion marketingu

(autor: Robert)

Znowu coś na temat blogów, zresztą nie tylko. Niedawno rozmawiając na temat tekstu mojego kolegi, którego lekturę szczerze polecam, a poświęconego twórczości uprawianej przez internautów, dowiedziałem się, że zjawisko to przybrało poważne rozmiary i nie mam na myśli Stanów, o nie!!! Mój znajomy prawił z przejęciem, o tym, że już w Polsce dziennikarze piszą teksty do gazety na podstawie informacji odnajdywanych na forach internetowych czy blogach.

Znamy oczywiście przypadki silnego, internetowego dziennikarstwa w Stanach Zjednoczonych, czy też rosnącego znaczenia blogów w momentach kryzysowych (por. ostatnie zamachy terrorystyczne w Londynie), ale w Polsce, tu, przed naszym nosem? W życiu !!!

A jednak to się dzieje i to teraz, tutaj. Aby powstał materiał autor artykułu śledzi informacje w internecie, nie tyle idzie zrobić wywiad z bezpośrednimi świadkami zdarzenia, ale śledzi wypowiedzi internautów i gdy szum jest wystarczająco duży puszcza materiał na temat konkretnego zjawiska, czy wydarzenia. Niby nic, niby normalna rzecz – powie ktoś, przecież internet to jeszcze jedno źródło informacji. Ale to nie jest informacja, której natura przypominałaby jakąkolwiek znaną w historii mediów. Informacja ta dostarczana jest bezpośrednio, dopiero później jest przerabiana ponownie przez pośredników. A gdyby tak nie byłoby pośredników, gdyby wystarczyłaby nam informacja przekazywana z ust do ust? Może jeszcze jedna moja mrzonka, ale kto wie – sieć wciąż szumi od plotek i utopii. Oczywiście nie każdemu to się podoba, czy będzie się podobać.

Bo przykłady wskazują, że nie jest to takie lelum polelum. Wall Street Journal odsyła z artykułów do ciekawych blogów na podobne tematy, w Polsce też mamy nieśmiałe próby tradycyjnej prasy w tym kierunku. Gazeta.pl promuje blogi na określony temat, a Newsweek zamieszcza wynaturzenia swoich dziennikarzy w formie blogów. Coś się dzieje tylko nie wiadomo, co. Może nie mam racji i prasa się utrzyma, jak chce jeden z autorów (cytuje za tebe gada).

Gryzący problem nie ma co. A kto lubi prawdziwie odjechane klimaty to niech zajrzy tutaj, jak zwykle nie mogę zaprzepścić okazji do pokazania swoich fascynacji cluetrainem – warto poczytać bloga jednego z współautorów tej fascynującej książki.

(autor: Robert)

Niektórzy są zdania, że obecne czasy to schyłek wszelkich wartości, upadek prawdziwej kultury, zanik wszelkich zdrowych ludzkich relacji. Przeciwnicy tej teorii twierdzą, że rzeczywiście wartości, które znaliśmy do tej pory tracą na znaczeniu, ale każdy przełom charakteryzuje się nie tyle upadkiem wartości, ile zmianą ich układu odniesienia. Takie zdanie miał m.in. Mircea Eliade, uważał, że największą rewolucją wcale nie była rewolucja przemysłowa, ile epoka neolitu kiedy to człowiek przestał wieść żywot wędrowca i zaczął prowadzić stabilne życie rolnika. Dopiero wtedy mieliśmy do czynienia z „upadkiem” wszelkich wartości – zwykł mawiać. Wstrząs, jaki miała zmiana stylu życia na całą sferę kultury był tak silny, że minęło bardzo wiele czasu zanim ludzie stworzyli spójny sposób interpretowania świata i moralnego osądu zachowań.

Czy z czymś takim mamy również do czynienia obecnie? Czy nowe technologie tak zrewolucjonizują sposób odbioru świata, że prawdziwy chaos jest dopiero przed nami?

Jak można odczytać przyszłość z tego, co obecnie dzieje się przed naszymi oczami? Czy nie uprawiamy jedynie czarnego wizjonerstwa, wieszcząc wszech i wobec, że następuje koniec znanych nam mediów i reklamy?

Nie wszyscy są w stanie dostrzec zmiany. Hollywood Reporter relacjonuje, że w USA spada sprzedaż DVD. I co to znaczy? Znudzenie nową technologią? A może DVD to już nie jest nowa technologia? Mimo to przedstawiciele tradycyjnych mediów nadal kiwają jedynie głowami pełni podziwu na prezentacji Google o sposobie wyszukiwania materiałów video lub prezentacji Intela na temat technologii Wi-Max, ale zwykle i tak puentują to słowami: to było naprawdę dziwaczne. A przecież spadek sprzedaży DVD w Stanach Zjednoczonych może być po prostu pierwszym sygnałem rosnącego znaczenia video-on-demand, nowych sposobów transmisji obrazu telewizyjnego przez internet czy innych technologii cyfrowych.

Niektórzy widzą dzisiejsze czasy, jako prawdziwą epokę chaosu, z której ma dopiero wyłonić się nowa jakość. W wywiadzie zamieszczonym na stronach serwisu OnThe Media Bob Garfield wyraża przekonanie, że tradycyjne media są w odwrocie, a nowe media jeszcze się nie narodziły. To, co istnieje to chaos i jedynie wciąż podejmowane próby odgadnięcia tego, w którym kierunku zmierzać będą media.

eMarketer w jednym ze swoich ostatnich raportów prognozuję dynamikę rozwoju telewizji cyfrowej w USA, obok podając prognozę rozwoju szybkiego dostępu do internetu (broaband). I tu również można utyskiwać, że są to tylko prognozy i jak zwykle z prognozami bywa nie zawsze się sprawdzają. Ale i tak warto. Spójrzmy, co mówi nam raport eMarketera?

Po pierwsze, w 2004 roku w USA było już 50,7 milionów gospodarstw domowych, które miały możliwość odbioru telewizji cyfrowej, 17,6 milionów miało dostęp do video-on-demand, 6 milionów – posiadało Digital Video Recorder, a 2,6 miliona – telewizję wysokiej rozdzielczości (HDTV), zaś w 2009 roku telewizja cyfrowa będzie obecna w 111,7 milionach gospodarstw domowych, video-on-demand – obecne będzie w 47,1 milionów amerykańskich gospodarstw domowych, podobna popularność dotyczyć będzie DVR, zaś telewizja wysokiej rozdzielczości oglądana będzie przez 48,7 milionów z nich.

Po drugie, popularność broabandu będzie również rosła bardzo szybko, według eMarketera w 2004 roku dostęp do szybkiego łącza miało 34,3 miliony gospodarstw, w 2009 będzie ich już 77,7 milionów.

Gdy tak się stanie będziemy mieć już z zupełnie innym światem. Sposób myślenia, który mamy dziś na temat mediów stanie się po prostu nie aktualny.

Zrozumiałe, że napięcie wśród reklamodawców narasta, bo stopień przewidywalności i wiedza na temat zachowań ludzi w świecie nowych mediów jest czymś mglistym i nieokreślonym. Chociaż nie jest tak, że nie podejmuje się w ogóle prób poznania sposobów korzystania z nowych technologii.

Firma Starcom w Wielkiej Brytanii przeprowadziła badanie na widzach PVR (Personal Video Recorder) i wyszło, że mimo, iż przewijają oni blisko jedną trzecią reklam w swoim telewizorze, to i tak zapamiętują reklamy tylko o 17% gorzej niż ci, którzy nie mają możliwości kontroli emisji reklam. Poziom znajomości reklam w gospodarstwach używających PVR jest na poziomie 30%, zaś w tych drugich kształtuje się na poziomie – 36%.

Media stają się obszarem nie spotykanych wcześniej eksperymentów i możliwości.

Z jednej strony, mamy coraz bardziej widoczny rozwój technologii i eksperymentowania z różnymi formami transmisji obrazu i dżwięku, a z drugiej z eksplozją ekspresji i tworzenia przez ludzi własnych i niezleżnych mediów.

Może już najwyższa pora aby wstać od telewizora i zacząć tworzyć własną telewizję? Są tacy, którzy rzeczywiście to zrobili. Dla niektórych to oznaka przerostu własnego ekshibicjonizmu, ale wygląda niezwykle ciekawie:

Tu np. ciekawy wywiad z redaktorem niezwykle intersującego magazynu przeprowadzony z jednym z autorów vlogów.

A tu tekst na temat vlogów w Wired
(autor: Robert)

Systematycznie rośnie liczba internautów, którzy korzystają z sieci w sposób bardziej zaawansowany, niż odwiedzanie i czytanie znanych stron internetowych. Już niemal wszyscy korzystając z wyszukiwarek, a tam znaleźć można nie tylko oficjalne strony produktów czy firm, lecz bardzo dużo blogów, dyskusji, stron prywatnych. To tzw. social web, czyli mijesca, w które przenoszą się ludzkie rozmowy. Rozmowy, które ciągle trwają przy kawie w pracy czy na spotkaniu ze znajomymi. Tyle, że online takie rozmowy można prowadzić w dowolnej chwili, gdy tylko „najdzie nas” na jakiś temat.

Co z tego wynika? Wyobraźmy sobie, że za kilka lat większość internautów w Polsce będzie korzystać z social web – czytać i tworzyć blogi, udzielać się na forach dyskusyjnych, czy tworzyć swoje strony internetowe dotyczące hobby, ulubionej marki czy znienawidzonego produktu. To przecież marzenie badaczy rynku. Do tej pory wszyscy głowią się, jak wydobyć od respondentów szczere odpowiedzi. Sprawa prosta – w sieci ludzie tracą hamulce, które często mają wobec ankiety i ankietera czy moderatora grup fokusowych.

A zrobić proste badanie online można sprawnie i łatwo. Różne sfery social web pokazują tak intymne wypowiedzi użytkowników, że trudno wymarzyć sobie aby wydobyć tyle podczas oficjalnych ankiet. Co można „usłyszeć” w siecie o markach czy produktach? Sprawdzałem nie raz, przed podjęciem decyzji o poważniejszym zakupie i prawie zawsze mogłem wyszukać:

1. opinie o produkcie – oczywiście niektóre marki mają fanów i ich fanatyczne opinie trzeba raczej pomijać, ale wszelkie krytyczne uwagi zawsze należy czytać w całości

2. tips&tricks – czyli jak sobie poradzić z produktem (najczęściej dla tych, którzy nie skalają się zaglądaniem do instrukcji)

3. porównania produktów różnych marek czy różnych modeli – nie zawsze zapewnia to odpowiednia prasa branżowa, internet często tak

4. porady, jak wybrać najlepszy produkt z danej kategorii – jakie kryteria wyboru przyjąć, jak ocenić produkty

5. gdzie kupić najtaniej lub najpewniej – bardzo cenna informacja, a dla drobnych handlarzy także źródło biznesu :)

6. nowe zastosowania produktu – to też ciekawa rzecz, bo okazuje się, że bardzo często producenci nie przewidzieli, do czego służył będzie ic produtk, a klient zawsze jest pomysłowy

Krótko mówiąc – sprawdźcie już jutro, co o Waszych produktach/firmach mówią ludzie na grupach dyskusyjnych (np. przez Google Groups. Idę o zakład, że każda znana firma będzie zaskoczona, tym jak się o niej mówi, jakie zastosowania ludzie wymyalają dla jej produktów. Ale co najważniejsze – jakie funkcje produktu faktycznie postrzegają jako najważniejsze.

W teorii obsługi klienta mówi się, że „reklamacja to największy prezent”, bo rzadko który klient się skarży – po prostu jeśli jest niezadowolony to idzie do konkurencji. A w sieci proszę bardzo – przeglądamy takie niezgłoszone reklamacje w dużych ilościach w ciągu minut. Idealne przygotowanie np. do grup fokusowych o jakości obsługi. Naprawdę polecam działom badań.

Jako ciekawostka: Procter&Gamble w Ameryce Płn. poprzez witrynę Home Made Simple zbiera od klientów porady dotyczące domu i w ten sposób dowiaduje się np. że ich środek czyszczący do prania jest też używany do czyszczenia ścian. Co można zrobić z taką informacją? Pokazać nowe zastosowanie w komunikacji i z tym samym produktem ruszyć na inne rynkowe nisze! A wszystko to za darmo, bezinteresownie przekażą internauci. Żyć nie umierać – byleby docenić social web.

(autor: Jacek)

Tym razem „na warsztat” bierzemy tzw. advertainment czyli komunikację reklamową poprzez rozrywkę. Da się? Pewnie, i to prawie z każdym produktem tylko trzeba się odważyć.

W Polsce zachwycamy się serią reklam Plus GSM z kabaretem Mumio, a tymczasem to akurat dość proste rozwiązanie – po prostu (w Polsce pewnie „aż”) dowcipne spoty w TV.
Tymczasem patrząc za granicę, wielu reklamodawców już dawno zrezygnowało z suchej komunikacji „to jest mój produkt, jest dobry bo… kupujcie” i wreszcie odkryli, do czego ludziom służą media: przede wszystkim do rozrywki!

Bardzo fajnym przykładem takiej kampanii jest CareerBuilder.com – serwis z ogłoszeniami o pracę. Spoty w TV pokazywały parodystyczne przeróbki scen z biura dużej korporacji, tyle że z udziałem stada szympansów – całość do obejrzenia na stronie tej kampanii reklamowej. Serwis dostarcza tego, co wiele osób z sadystycznym uśmiechem zawsze chciało obejrzeć: szefa i współpracowników w baaardzo krzywym zwierciadle. Aby dopełnić całości, stworzona została też „oficjalna” strona firmy, w której to stado małp pracuje: Yeknom Inc. (po prostu Monkey pisane od tyłu). Też polecam uwadze – świetna parodia poważnej witryny korporacyjnej.

Skąd taki ruch po stronie CareerBuilder? Myślę, że przede wszystkim są świadomi, że:
1. Ludziom przejadła się tradycyjna reklama – omijają, wyłączają, wyciszają wszelkie bloki reklamowe bo to z reguły stek nudów
2. Wszyscy w ich branży komunikują się tak samo: mamy dużo ofert pracy, zapraszamy. A czego innego można niby oczekiwać po stronie z ofertami pracy? Lepiej postawić na wyróżniającą się komunikację.
3. Ludzie lubią zabawy i humor. Zwłaszcza prześmiewczy. A zwłaszcza ci ludzie, którzy dość mają obecnej firmy i pokazanie biura tak jak w reklamówkach CareerBuilder to dla nich wspaniały relaks i w pełni zrozumiały dowcip.
4. Fajną reklamę pokazuje się znajomym, co w erze magicznej funkcji „forward” może zdziałać cuda.

No dobrze, ale to specyficzny rodzaj produktu – młodzi ludzie, na pewno lubią humor. Czy jednak można tak reklamować jakieś marki kojarzone z totalnymi nudami? Chyba tak, bo coraz popularniejsze jest „opakowanie marki w rozrywkę” w bardzo różnych kategoriach:

1. Unilever stworzył stronę I can’t believe it’s not butter gdzie w formie parodii seriali TV przedstawiany jest nowy rodzaj „smarowidła” do pieczywa.

2. Papier toaletowy Angel Soft z kolei dostarcza rozrywki w postaci śmiesznych filmów z małych „wypadków” w toalecie, konkursu na najśmieszniejszą gafę w toalecie czy wyniki nietypowego badania na temat „dziwnych zachowań w toalecie” (np. 25% badanych matek wycierało dziecko papierem toaletowym z braku ręcznika).

3. Poważne auto Jaguar promuje zawody online w Urban Golfa. Golf – gra dżentelmentów, a urban golf to jej dynamiczna, miejska odmiana – idealne połączenie dla marki z tradycjami, ale ambicjami bycia zawsze młodą.

4. Dość drastyczna odmiana to gry społeczne, polityczne – po prostu uświadamiające pewien problem, czyli edukacyjne.
Dla mnie idealnym przykładem jest September 12th – gra, w zasadzie aplikacja bo wygrać się nie da, która pokazuje pewne mechanizmy powstawania i rozwoju ruchów terrorystycznych. Kilka minut zabawy tą grą daje dużo więcej, niż tysiące pustych przemówień i artykułów o światowym terroryzmie. Spróbujcie zresztą sami – najpierw wydaje się to zabawą, może nieco niesmaczną, ale po chwili, gdy zobaczycie reakcje i zachowania małych ludzików-bohaterów gierki, zauważycie że niesamowicie daje do myślenia, skuteczniej niż wszelkie kampanie społeczne.

Przykładów oczywiście jest jeszcze wiele, wystarczy w Google wpisać „advergaming” czy „advertainment”. To czemu u nas rzeczywistość reklamowa jest tak szara, a przebłyski w stylu kampanii Plus GSM, pomimo sukcesów, są tylko pojedynczymi wyspami wśród powtarzanych dziesiątki razy identycznych spotów z „typową rodziną”? Myślę, że powodów jest kilka:

1. Naszej marce to nie przystoi
Większość marketerów obawia się „wyluzowania” swojej marki, a z drugiej strony oglądając reklamy narzekają jaka to nuda… Oczywiście, trudno reklamować przez dowcipy poważny bank o stuletniej tradycji, ale mimo wszystko do większości produktów przynajmniej „lekkie przymrużenie oka” można w komunikacji zastosować.

2. Musimy mówić o produkcie
Czasem tak (złaszcza nowe kategorie produktów), a czasem nie. W reklamach typowo wizerunkowych przecież nie mówi się o produkcie, a powstają i są potrzebne. Chociaż z drugiej strony, nawet informacje o produkcie przekazane „rozrywkowo” chyba lepiej będą odebrane, niż sucha informacja.

3. Ludzie nie zrozumieją
Pewnie tak – w sumie jesteśmy narodem nienajlepiej wykształconym i raczej ponuro-martyrologicznym, ale z drugiej strony rzadko kto komunikuje się do grupy „wszyscy w wieku 0-99 lat”. A już komunikacja z grupami młodszymi czy wielkomiejskimi wręcz wymaga tego typu innowacyjności – oni nie mają czasu na nudne reklamy i unikają ich jak mogą. A pozostali niech sobie nie rozumieją humoru w naszym przekazie – przecież do nich nie mówimy!

4. Śmieszna reklama = ośmieszona marka
Oczywiście, że nie. Dobrze podany advertainment przybliża markę do ludzi. Chyba większym ryzykiem ośmieszenia marki jest zbyt „nadęta” komunikacja.

Czy czeka nas zatem advertainment na dużą skalę? Jeszcze nie teraz. Dopóki ludzie naprawdę nie zaczną uciekać masowo przed reklamami, dopóty nie będzie takiej konieczności. Skoro da się dotrzeć „na siłę” okupując wszystkie media i miejsca reklamowe, to nie ma motywacji aby coś zmieniać. Dlatego też najszybciej reagują na taki trend firmy małe (liczą często na efekt wirusowy przewyższający koszty kampanii) oraz te, które komunikują się z młodzieżą (z założenia nastawioną na szeroko pojętą rozrywkę w życiu). Ale ta młodzież kiedyś urośnie – czy wtedy stanie się nagle podatna na tradycyjną nieciekawą reklamę, czy też nnadal będzie żyć w pełnym przeświadczeniu, że media (i reklama jako część składowa wszystkich mediów) służą głównie rozrywce?

(autor: Jacek)

MediaPost opublikował kilka kluczowych informacji z ciekawego badania typu eyetracking (śledzenie ruchów oczu użytkownika). Sesja przeprowadzona z udziałem 48 osób miała na celu sprawdzenie, w jaki sposób użytkownicy poruszają się po stronie z wynikami wyszukiwania w Google. Wybór był prosty – 40% rynku reklamy internetowej w USA i 50% w Wielkiej Brytanii to właśnie reklama w wyszukiwarkach. Zrozumienie, jak działa, to efektywne zarządzanie najważniejszą częścią budżetów reklamy online.

Co ciekawego się okazało? Cóż, w dużej części pewnie są to rzeczy, do których zdroworozsądkowo da się dojść, ale mimo to skala niektórych zjawisk jest zastanawiająca.

Na początek przypomnijmy sobie, z czego składa się strona z wynikami wyszukiwania w Google. Dla ułatwienia proponuję zajrzeć TUTAJ.

A oto wybrane ciekawostki z badania:

1. Złoty Trójkąt Google
Oczy użytkowników (a co za tym idzie, także kursor czyli kliknięcia w linki) koncentrują się na ograniczonym obszarze: od lewego górnego rogu (gdzie czasem znajduje się reklama) przez pierwsze 4-5 znalezionych linków po dolną krawędź okna wyszukiwarki. Ta część jest zauważana przez 80-100% użytkowników. Z kolei linki które pojawiają się w prawej kolumnie (czyli reklamy) oraz linki na dole listy wyników, wymagające przewinięcia okna przeglądarki widzi zaledwie 10-50% użytkowników!

Co z tego wynika? Jeśli chcemy inwestować w pozycjonowanie w wyszukiwarce (czyli konstruowanie strony tak, aby była jak najwyżej w wynikach wyszukiwania), to bycie na 10 miejscu nie jest żadnym efektem. Jeśli nie jesteśmy pośród pierwszych kilku wyników wyszukiwania, to szanse na zauważenie naszej witryny drastycznie maleją.

2. Linki sponsorowane (czyli reklamy płatne) umieszczone na samej górze wyników wyszukiwania są znacząco lepsze, niż te w prawej kolumnie wyników wyszukiwania. Linki sponsorowane na samej górze generują 12% kliknięć na stronie wyników wyszukiwania, a te z boku – zaledwie 5% – pozostałe 83% kliknięć to kliknięcia w faktyczne wyniki wyszukiwania, nie treści reklamowe.

Ale niestety: te najlepsze miejsca reklamowe zarezerwowane są tylko dla najskuteczniej działających (czyli najlepiej klikalnych) reklam w Google. Czyli, aby się tam znaleźć, trzeba pracować nad efektywną kreacją.

3. 50% użytkowników zaczyna przeglądanie strony wyników wyszukiwania od tzn. rezultatów organicznych (czyli linków niepłatnych), pomijają nawet to najlepsze miejsce reklamowe na górze wyników wyszukiwania. Krótko mówiąc – pomijają oni wszelkie reklamy „od pierwszego spojrzenia”.

Czy to znaczy, że reklama w Google jest nieefektywna? Oczywiście nie – właśnie siła Google polega na tym, że przede wszystkim wyszukiwarka jest wygodna dla użytkowników, a dopiero jako dodatek są reklamodawcy (dający zresztą Google niezłe przychody). Reklamodawcy mogą się denerwować na takie traktowanie, ale to twarda gra – albo jest się największą wyszukiwarką (także w Polsce), albo ustępuje reklamodawcom i traci zaufanie użytkowników. W przypadku Google droga jest jasna – i to jako reklamodawcy trzeba zaakceptować. Jeśli nie – droga wolna, planujmy nadal coraz mniej klikalne bannery w kampaniach :)

(autor: Jacek)

Już nie tylko myśliciele z za wielkiej wody dostrzegają niebezpieczny dla tradycyjnych mediów nurt płynący z sieci. Również u nas pojawiają się podobne głosy. Niedawno w Pressie Leszek Talko napisał niby krótki i mający charakter „kwiatka do kożucha” tekst (tekst ukazał się w dziale Interranking, który prezentuje ulubione strony znanych postaci ze świata mediów), będący niebezpiecznym wyłomem w szczelnych posadach oficjalnych mediów. Jego zdaniem, informacje, które znajdujemy w telewizji, czy prasie obchodzą coraz mniej użytkowników internetu. To już nie tylko inna tematyka, lecz przede wszystkim inny punkt widzenia. Ludzie zaczynają mówić własnym głosem. To już nie „mądry i wszechwiedzący” dziennikarz i mało zorientowany czytelnik lub widz. Czasy szanownego pana z mediów i szaraczka, który dobija się nieśmiało do dyżurnego redakcji odchodzą w przeszłość. W sieci nie tylko ta granica znika, ale pojawia się zupełnie odmienny model komunikacji oparty na bezinteresownej wymianie i prawdziwym krążeniu wiadomości, komentarzy, idei, drobnych, czy wielkich sensacji. Równie ważne jest to, że coraz silniej te dwie sfery się rozmijają. Naszą wiedzę tworzą nie tylko nieomylni i znani eksperci, ale staje się ona wytworem zbiorowym rzeszy internautów. Czy jesteśmy świadkami nowej rewolucji, nowego typu nie tylko komunikacji, którą umożliwia internet, ale też zupełnie nowego typu mediów lub ba nawet powrotu do bezpośredniej demokracji?

To wszystko i nie tylko to coraz mocniej przekonuje mnie, że proroctwa nieraz już z wyśmiewanej książki Manifest Cluetrain zaczynają się wypełniać (oczywiście wyśmiewanej na początku swojej kariery – tak, tak pamiętam takie recenzje w polskiej prasie na jej temat). I kto by pomyślał, że wydany jeszcze nie tak dawno Manifest Cluetrain już zwiastował koniec biznesu, jaki do tej pory znaliśmy. „Rynki to rozmowy” – i tak właśnie zaczyna być już teraz – mamy do czynienia z wielkim bazarem na którym szumi morze elektonicznych rozmów. Może są to rozmowy miedzy odizolowanymi od siebie plemionami, ale wciąż ich szum narasta i narasta. Granice już zostały zburzone: między firmą, a konsumentem, między medium, a odbiorcą, między treścią, a reklamą, między technologią, a człowiekiem. Gdzie zatem wszystko to nas zaprowadzi? Co nam zostało do roboty? W książce Clutrain jest kilka rad jak osiągnąć sukces w tym jakże nieprzewidywalnym świecie. Oto one, pamiętacie?

1. Zrelaksuj się
2. Miej poczucie humoru
3. Znajdź swój głos i używaj go
4. Mów prawdę
5. Nie wpadaj w panikę
6. Ciesz się życiem
7. Bądź dzielny
8. Bądź zaciekawiony
9. Baw się dalej
10. Zawsze snuj marzenia
11. Przysłuchuj się
12. Rozmawiaj

Tylko jest taka mała, ale ważna rzecz: należy ściśle przestrzegać podanej kolejności kroków. W przeciwnym razie autorzy Clutrain nie biorą odpowiedzialności za to co się z wami stanie.

(autor: Robert)

Oczywiście chodzi o to, że facet jest po likierze. A konkretnie po Hideous Liqueur.

Niskie ceny i możliwości call center otworzyły taką oto możliwość kampanii alkoholu Hideous Liqueur: plakaty w barach skierowane do kobiet, z gotowymi numerami telefonów, gdzie namolny facet po zadzwonieniu zrozumie na pewno aluzję, że nie powinien był pytać o numer telefonu :)

Chyba najlepiej wyjaśni o co chodzi z pomysłem na kampanię w barach tekst z barowego plakatu wyżej wspomnianego likieru (bardzo z grubsza przytoczony):

„Tak, to my po części odpowiadamy za tego namolnego frajera, który Cię nęka cały wieczór. Po tym, jak piąty raz spytał Cię o imię, wiadomo już, że wypił za dużo Hideous. Ale dajemy słowo: chcemy Ci to wynagrodzić. Następnym razem, jak wyjdzie do toalety, oderwij karteczkę z jednym z numerów telefonu u dołu tego plakatu. Uważaj, aby on Cię nie zobaczył! Zapamiętaj numer! Jak będzie Cię chciał zaprosić do siebie, powiedz że nocujesz u przyjaciółki. On zapyta o numer telefonu. Nie martw się, zapyta na pewno – nasz likier jest naprawdę dobry. Wtedy podaj mu ten numer. Nie będzie Cię więcej nękał. Przepraszamy za niedogodności!”

Niezłe, co? A pod spodem na dole plakatu jest kilka rodzajów numerów telefonu z automatycznymi odpowiedziami, w stylu m.in. „odrzucenie”, „linia motywacyjna”, „wymówka z powodu choroby” i inne.
No, ale co będzie jak kobieta też wypije nieco tego likieru? :)

(autor: Jacek)


  • RSS